czwartek, 19 lipca 2012

to nie jest pies! to jest Shih Tzu!

Trzeba przyznać, szczerze i z ręką na sercu, że życie z shihtzakiem nie należy do kategorii "simple life"...

Dzień zaczyna się od głośnego ujadania... gdzieś około godz. 4.00... budzimy się, uspokajamy Tośka i jak już prawie zasypiamy sygnał do jazgotu daje Bobo. Powtórka z rozrywki, uspokajamy oba psiaki i bardzo staramy się zasnąć, po to, żeby wstać między 5.00 a 5.30. W tym czasie oczywiście, Tośki są najbardziej śpiące, leżąc brzuszkami do góry i nie otwierając oczu przez pierwszą chwilę starają się nas lekceważyć. No bo jak śmiemy budzić je tak wcześnie rano! No niemożliwe! Ale ok, Pańcio idzie po szeleczki i na wpół nieprzytomnego Boba grzecznie ubiera. W tym czasie Tosiek się budzi i przeprowadza zmasowany atak poprzez całusy, wylizywania i skoki.
Wreszcie możemy wyjść na siku. Siedzimy jeszcze bez kropli kawy i czekamy aż chłopaki się łaskawie wysikają... Boboś spaceruje na smyczy po swoim ogródeczku, robi ranny obchód, a Tosiek huśta się na huśtawce...

Mija trochę czasu, wracamy do domu, chłopaki dostają jedzenie. Czasem zjedzą jak się należy, ale Pańcio nauczył też, że jak piesek nie chce to Pańcio nakarmi... swoją własną, osobistą ręką :)

Pieski idą spać, a my... do pracy...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz